
Mit „klubu-sprzedawcy” obalony. Brighton nie chce handlować, Brighton musi
Brighton & Hove Albion w ostatnich latach stało się synonimem genialnego skautingu. Kwota ponad 600 milionów funtów zarobionych na transferach takich graczy jak Moises Caicedo, Marc Cucurella czy Alexis Mac Allister robi ogromne wrażenie, a sprzedaż Carlosa Baleby do Manchesteru United za 70 milionów funtów tylko potwierdza skuteczność modelu „kup tanio, sprzedaj drogo”. Wielu ekspertów zaczęło jednak mylnie postrzegać „Mewy” jako klub, którego główną misją jest pełnienie roli trampoliny dla talentów.
Były menedżer Brighton, Mark McGhee, w rozmowie z portalem GOAL stanowczo uciął te spekulacje. Podkreśla on, że sukcesy transferowe właściciela Tony'ego Blooma nie wynikają z chęci zarobku, lecz z brutalnej rzeczywistości rynkowej. „Ludzie mylą fakty. Model Blooma nie polega na produkowaniu zawodników po to, by ich sprzedać. On polega na produkowaniu zawodników, których klub *musi* sprzedać, bo agenci i giganci futbolu wyrywają ich z Brighton. Gdyby Bloom nie musiał tego robić, nie sprzedałby nikogo” – tłumaczy McGhee.
McGhee, który prowadził drużynę w czasach, gdy budżet transferowy praktycznie nie istniał, a pieniądze ze sprzedaży graczy szły na walkę o przetrwanie klubu, jest pod ogromnym wrażeniem obecnej infrastruktury. Zaznacza, że choć Brighton nie aspirowało do wygrywania Ligi Mistrzów, to profesjonalizmem dorównuje największym potęgom. Dzięki temu, mimo ciągłych osłabień kadrowych, zespół pod wodzą Fabiana Hürzelera wciąż pozostaje w ścisłej czołówce, co udowodnił m.in. efektownym zwycięstwem 4:0 nad Aston Villą na starcie sezonu 2026/27.



